Marcin Zdrojewski - Wielki Mur Chiński, Relacja z Wielkiego Muru Chińskiego, Zapiski z Wielkiego Muru Chińskiego, Wyprawa na Wielki Mur Chiński, Podróż na Wielki Mur Chiński, Relacja z wyprawy na Wielki Mur Chiński, Zapiski z wyprawy na Wielki Mur Chiński  

WANLI CHANGCHENG - Wielki Mur Chiński

Polecam:
Phantasma - packshot, sesje zdjęciowe, fotomontaż
2008.10.18 - Jinshanling i Simatai
135 km na północny-wschód od Pekinu
Pozbawiony miłosierdzia budzik dzwoni punkt o 5:00. Z trudem zwlekamy się z łóżek. Szybki prysznic i pakowanie się z czołówkami na głowach w ciasnym pokoju próbując robić jak najmniej hałasu, w czym wyraźnie jesteśmy do dupy.
O 5:50 wysypujemy się z hostelu na wciąż jeszcze ciemną uliczkę. Orzeźwiający lekki chłodek w połączeniu z dreszczykiem emocji przed dzisiejszym dniem sprawia, że ostatecznie wracamy do żywych.
Metro do stacji Dongzhimen, szybkie zdjęcie brzasku nad Pekinem i krótki spacer w towarzystwie naciągaczki, która rzekomo prowadzi nas na dworzec Dongzhimen Inter-City Bus Station oddalony o 100m. Docieramy do dworca i praktycznie od razu trafiamy na stanowisko autobusu 980, który powinien zabrać nas do oddalonego o ok 60 km od Pekinu miasta Miyun.
Gdy próbujemy wsiąść naciągaczka podnosi raban pokrzykując i tłumacząc w potocznym migowym, żeby nie wsiadać. Krzyczy też coś do obsługi autokaru. Ostatecznie, jak nam się zdaje, chodzi jej o to, że za chwilę odjedzie następny autobus, który będzie jechał szybciej. Zerkamy na rzeczonego pośpiecha, również o numerze 980, niczym szczególnym nie różącego się od wybranego przez nas. Przy wtórach wykrzykiwań naciągaczki wsiadamy do naszego. Odchodzi pokrzykując coś wyraźnie niezadowolona. No cóż... nie podzieliliśmy się yuanami.
Zamieniamy słówko z białymi turystami, którzy byli już tu wcześniej - wygląda na to, że jadą tam gdzie my ale odcinek muru będą robić zaczynając od Simatai, czyli od miejsca, gdzie my planujemy go zakończyć.
Ruszamy... podchodzi do nas stewardessa lub może biletowa (wygląda na to, że każdy autobus, prócz kierowcy, ma jeszcze dodatkową obsługę w postaci biletowej i jeszcze chyba jakiegoś tajniaka) i sprzedaje nam bilety. Kosztują 14, miast, jak się spodziewaliśmy 20 Y. Płacimy i ruszamy w drogę.
Podczas jazdy na wyświetlaczu LCD oglądamy program instruktażowy, w którym dziewczynka robi pudełko ze zużytej plastikowej butelki po wodzie, a następnie pokazuje 101 sposobów na jego wykorzystanie. Potem kilka reklam. Odlatujemy przy programie propagandowym przedstawiającym jak dramatycznie wzrosły plony po wyprodukowaniu nowych kombajnów.
Budzi nas stewardessa mówiąc coś po chińsku. Nie do końca jeszcze przytomni zastanawiamy czy czasem nie chodzi o to, że to już nasz przystanek, bo na pierwszy rzut oka wygląda jak "na żądanie". Z powodu beztroskiego niebytu podczas podróży, nie wiemy czy już jesteśmy w Miyun. Pytamy więc" Miyun?" pokazując palcem na podłogę. Stewardessa kiwa głową na potwierdzenie. Sprawdzamy zegarek - 8:00, więc wygląda na to, ze rzeczywiście może to być Miyun. Wysiadamy nadziewani wprost na widelec przewoźników, o których tyle słyszeliśmy jeszcze dzisiejszej nocy. Do końca nie wiemy czy faktycznie powinniśmy desantować się na tym przystanku, czy może ci z autobusu mają układ z przewoźnikami i wszystkich białych wysypują właśnie tutaj (poza nami i parą obcokrajowców nikt nie wysiadł).
Zanim jeszcze mamy plecaki na plecach turyści, którzy jechali z nami, są już zapakowani do jednego z aut - akcja była szybka. Ignorując pokrzykiwania przewoźników, którzy otoczyli nas zwartym kręgiem, podchodzę do nich i pytam za ile jadą do Simatai. 200Y w jedną stronę - oczywiście zgodzili się bez słowa - typowe. życzymy im powodzenia i próbujemy wyrwać się z "kręgu zła". Cena proponowana na odchodnym to 180Y.
Idziemy w stronę centrum. Przynajmniej tak nam się zdaje - nie możemy przecież po sobie pokazać, że nie wiemy co robimy. Przez cały czas jesteśmy śledzeni przez jednego z przewoźników, który od czasu do czasu zatrzymuje samochód i zaprasza nas do środka. Z rzadka podejmujemy próby twardych negocjacji, przekładane dalszym spacerem i śledzeniem. Ostatecznie po ok. 15-20 minutach dogadujemy cenę na 120Y do Jinshanling i wsiadamy do auta.
Wciąż niedowierzając w uczciwe usposobienie kierowcy nieustannie śledzimy gdzie jedzie. Kieruje się na Gubeiku. Wg mapy tam gdzie powinien, więc wygląda na to, że orkiestra gra. Jedyna niedogodność to fakt, że nie możemy sobie pozwolić na sen - trzeba pilnować kierunku jazdy.
Podróż to ciągłe trąbienie, zjeżdżanie z drogi samochodom wyprzedzającym "na trzeciego" i widowiskowe mijanie kaskaderów (10 cm od auta) pląsających beztrosko po jezdni nie bacząc na klaksony.
Góry za oknem gęstnieją i rosną. Po ok. godzinie widać już fragmenty muru przycupnięte gdzieniegdzie na otaczających nas wzgórzach. Mijamy Gubeiku i po 8 kilometrach, o 9:20 jesteśmy w Jinshangling. Nie ma tu nic prócz bramy wejściowej i kasy biletowej.
Kierowca zyskuje nasze zaufanie, więc dogadujemy się z nim, żeby odebrał nas o 16:00 z Simatai, gdzie dotrzemy pokonując odcinek ok. 4 km murem. Kręci nosem, bo chciałby nas odebrać o 14:00. Nie ustępujemy - wolimy mieć zapas czasu. Po kilku minutach przystaje na nasze warunki. Cena jest taka jak w tę stronę. Płacimy tylko za ten odcinek, by upewnić się, że starczy mu motywacji by po nas wrócić. Ostatecznie oczywiście i tak nie mamy żadnej pewności.
Żegnamy się z kierowcą, kupujemy bilety wstępu (50Y) i udajemy się w stronę muru. Po drodze, w rzędzie małych sklepików, z których tylko nieliczne są otwarte o tej porze, kupujemy coś do picia i zatrzymujemy się w oddalonej o 100 m knajpce. Wabi nas zapach i Chińczyk siedzący przy oknie zajadając dużą zupę. Jurek zamawia słodzoną jajecznicę z pomidorami (Respect!), ja kuraka po Syczuańsku, który okazuje się być wypasem na maxa. Posileni i zadowoleni z faktu, że o tej porze nie ma tu jeszcze prawie nikogo idziemy dalej. Po drodze mijamy kolejkę górską, która wiezie mniej sprawnych na mur, a która widziana z muru okazuje się być zupełnie nietrafionym wydatkiem - jest bardzo krótka i biorąc pod uwagę trasę przez mur i tak niczego nie zmienia.
Przed nami Wanli Changcheng (Wielki Mur Chiński)!
Drapiemy się na górę i zostajemy z miejsca wniebowzięci. Gdzie się nie rozejrzeć widoki przyprawiają o zawrót głowy. Zupełnie jak z filmów fantasy. Ruszamy niespiesznym spacerem wzdłuż muru, który zawijasami pnie się po siodłach gór, a jego uroku dopełniają wszechobecne fantastycznie rozrzeźbione góry, przybierające w perspektywie powietrznej coraz jaśniejsze barwy, tworząc w ten sposób kilka horyzontów. Pogoda idealna, na murze nikogo prócz nas. Robimy mnóstwo zdjęć, które znacznie opóźniają naszą podróż. No i co?!
Odcinek, który pokonaliśmy między Jinshangling a Simatai, o łącznej długości ok. 4 km liczy sobie 35 wież strażniczych. Zaskakuje różnorodnością formy i stanu, w jakim przetrwał do dziś. Od świetnie zachowanych/odrestaurowanych łagodnych podejść z urzekającymi basztami, do karkołomnie stromych odcinków pozbawionych blank, z wyszczerbioną posadzką i poważnych ubytkach w strukturze muru. Niejaki profesor z LuoZhe Wen tak pisze o Simatai: "Podczas gdy Wielki Mur Chiński jest cudem świata, Simatai jest cudem Wielkiego Muru Chińskiego".
Po zaliczeniu kilku baszt widzimy już pierwszych turystów, wstępujących na mur nieco dalej - do tej pory byliśmy tu tylko my. Od tego miejsca po całym odcinku do Simatai w obie strony krążą drobni handlarze, których asortyment to koszulki z Wielkim Murem, woda, cola i piwo. Wszyscy zdaje się kończyli tę samą szkołę turystyczną: Zagadanie turysty rozpoczyna się od "Hi" lub "Ni hao", po tym następuje pytanie: "Where are you from?". Po usłyszeniu odpowiedzi rytuał nakazuje wymienić stolicę kraju, z jakiego pochodzi turysta, poprzedzając to wymownym "Aaaa", czyli w naszym przypadku słyszymy: "Aaaa, łasza!" (Warsaw). Po takim ceremonialnym wstępie uprzejmościom stało się zadość i naciągacz czuje się zaprzyjaźniony z turystą, więc można już śmiało przejść do wciskania asortymentu.
Mur niczym gigantyczny wąż wije się po wzgórzach odzwierciedlając rozrzeźbienie terenu, dlatego niektóre fragmenty stanowią całkiem sympatyczne wyzwania. Szczególnie wymagające "OS'y" można niejednokrotnie obejść wyznaczonymi do tego ścieżkami okalającymi np. najwyższe partie muru o bardzo stromych podejściach. My, maksymalizując doznania, naturalnie decydujemy się na takie rozwiązanie tylko w przypadku, gdy przejście murem jest zablokowane.
Po drodze, w jednej z baszt, nasze bilety są sprawdzane przez urzędniczkę. Zbliżamy się do Simatai. Mniej więcej w 2/3 drogi przechodzimy przez bramkę, gdzie pobierana jest następna opłata w wysokości 45 yuanów. Dalej po obu stronach muru widzimy wciśnięte pomiędzy wzgórza poletka kukurydzy i innych upraw. Następnie wiszącym mostem przekraczamy sztuczny zbiornik tuż przed zejściem z muru do Simatai. Za tę przyjemność musimy na końcu mostu oddać po 5Y. Po zejściu z muru można skorzystać z atrakcji dostania się do Simatai zjeżdżając na ok. 300m linie oraz pokonując dalszych 400-500m stateczkiem. Ta impreza kosztuje obecnie 40Y, w sezonie 45. Nie daje się jej stargować niżej.
Do Simatai docieramy po ok. 4,5 godziny od wejścia na mur, czyli o 14:30. Z przyjemnością odkrywamy, że nasz przewoźnik już tu na nas czeka. On na nasz widok cieszy się jeszcze bardziej. Stojący nieopodal policjant prosi nas o okazanie naszych biletów wstępu na mur. Zapewne chodzi o kontrolę, czy nasz przewoźnik rzeczywiście miał nas odebrać z muru - nie wiadomo.
W drodze powrotnej Jurek kima. Ja zobligowałem się czuwać, więc tylko przysypiam. W Miyun kierowca podwozi nas pod sam autobus. Płacimy uzgodnioną wcześniej kwotę 120 yuanów i tutaj zdaje się, że obie strony darzą się już pełnym zaufaniem, więc otrzymujemy od kierowcy wizytówkę o treści: "Welcome to China - Mr. Dong - Driver", pod tym dokładny adres, czyli "Beijing Miyun" oraz nr telefonu.
W drodze autobusem do Pekinu (15Y) Jurek poznaje Zhang Ping (Dżang Ping) - dziewczę z Miyun, które, jak się okazuje, pracuje w agencji turystycznej na dworcu głównym w Pekinie. Ja próbuję złapać trochę snu będąc nieustannie trącanym przez wysiadających i wsiadających pasażerów.
Autokar opuszczamy na dworcu Dongzhimen, odprowadzamy Ping do następnej stacji metra. Tu się żegnamy - jedziemy w różnych kierunkach. Po przesiadce na linię nr 5 na peronie korzystamy z toalety (chińskie metro wyposażone jest w toalety), gdzie popadamy w osłupienie. Pomieszczenie wyposażone jest w trzy kabiny i cztery pisuary. Nieczynne kabiny (tylko jedna jest sprawna) pozaklejane są taśmą samoprzylepną. Z pisuarami jest podobnie ale tu jest więcej inicjatywy. Jeden sprawny, drugi nakryty workiem foliowym. W pozostałych dwóch tkwią włożone pod kątem wiadra, które są już wypełnione po brzegi uryną - nadmiar zwyczajnie leje się na posadzkę. Gdy wchodzimy, jeden z klientów, podobnie jak jego poprzednicy właśnie przepełnił jeden z nich. Zajmujemy pozycje. Ja w kabinie, Jurek przy jedynym ludzkim pisuarze. Robimy swoje i wyskakujemy stąd jak z procy. Powietrza! Słowa, że Chiny są krajem kontrastów będą się jeszcze bardzo często sprawdzać podczas naszego pobytu.
Wracamy do hostelu. W pokoju znajdujemy kartkę od dobrego samarytanina, na której informuje nas, że nr telefonu do hostelu, który wyszukał dla nas wczoraj uległ zmianie, zatem podaje nam aktualny. Po zejściu na dół otrzymujemy kolejną kartkę pozostawioną dla nas na recepcji, na której informuje, że dzwonił do wspomnianego hostelu by upewnić się, że Pani z obsługi będzie potrafiła wytłumaczyć nam po angielsku przez telefon jak do nich dotrzeć. Oczywiście, gdybyśmy faktycznie mieli jakieś problemy w terenie obie karteczki otrzymalibyśmy dopiero po powrocie do naszego hostelu w Pekinie.
To ostatnia okazja by przeprać brudne ciuchy w pralce - pojutrze opuszczamy Pekin, więc za 15Y korzystam z laundry w hostelu. Idziemy coś przekąsić, rozwieszam pranie i oddaję się krótkiej drzemce. Potem do 2:00 siedzimy na necie. Jeszcze przed snem orientuję się, że na zewnątrz wzmaga się wiatr - zanosi się na zmianę pogody, więc porozrzucane już nieco pranie przenoszę do pokoju, w którym od naszego powrotu jesteśmy już tylko my. Tej nocy śpimy jak zabici i do oporu - jutrzejszy dzień przeznaczamy na sprawy organizacyjne.
  Następny rozdział: Pekin 2008.10.29 - Przejdź
 
    Umizgi, przymówki i interpelacje tutaj Niniejsza witryna internetowa korzysta z Google Analytics - więcej copyright Marcin Zdrojewski