|
BEIJING (Pekin) |
|
|
|
|
|
| Słowo wstępu:Bardzo niebezpiecznym jest pisać o Chinach, że są takie, czy owakie, bądź, że tutaj coś jest zorganizowane lub działa tak, a nie inaczej. Chiny są ogromne i szalenie zróżnicowane. Moje doświadczenia stanowią jedynie kroplę w morzu, przez co mogą się delikatnie rozmijać ze środkiem ciężkości prawdy. Podczas popełniania niniejszych zapisków, z czasem nauczyłem się by unikać uogólnień, bo coś, co wydawało mi się regułą w jednej prowincji, w innej, lub czasem nawet za rogiem, nie było w ogóle praktykowane. Za to za każdym razem, i prawie na każdym kroku, poczynając od detali, a skończywszy na kwestiach ważkich, sprawdza się sentencja, że Chiny są krajem kontrastów. |
|
| 2008.10.24 - Beijing |
Już podczas podróży samolotem doświadczam pierwszych symptomów zbliżania się do Chin:
- skwaszona mina chińskiej stewardessy wyraźnie kontrastująca z uśmiechniętymi, sympatycznymi buziami natywnych stewardess Finnair,
- młodzi biznesmeni z Kraju Środka, którzy trafili mi się jako sąsiedzi, każdorazowo ciamkająco-siorbiąco manifestujący "porę karmienia",
- typowy chiński bąk, który był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem, a którego naturę miałem nauczyć się bezbłędnie rozpoznawać już niebawem, atakujący znienacka, nie zdradzając przy tym swego mocodawcy,
- zapierający dech w piersiach widok niezmierzonych połaci mongolskiej pustki poprzecinanej z rzadka drogami, niczym głowa staruszka ostatnimi włosami.
To akcenty, których się spodziewałem. Pierwszy dzień w Chinach pozwolił mi jednak mile się rozczarować, konfrontując moje wyobrażenia z rzeczywistością. |
|
Międzynarodowy port lotniczy (Terminal 3) i nowe linie pekińskiego metra, czyli szok na styku informacji przyswojonych z for internetowych i rzeczywistości:
Nieprawdą jest, że na lotnisku można mieć problemy z poruszaniem się. Standard komunikacji, infrastruktury i informacji dorównuje lotniskom w Europie, a niejedno przerasta. Przykładem może być fakt, że pomimo, że nasz lot był jedynym o tej porze, czyli działała tylko jedna taśma (oznaczona numerem naszego lotu) rozdająca bagaże - stał przy niej uśmiechnięty pracownik lotniska z tabliczką FINNAIR pokazując palcem, że to tutaj są nasze bagaże. Podobnie było zaraz po wyjściu z samolotu, gdzie inna tablica (również w postaci Chińczyka) kierowała do stosownego przejścia pasażerów przesiadających się w Pekinie na inny lot.
Terminal 3 jest nówką nierdzewką zawdzięczaną, podobnie jak wiele innych obiektów, olimpiadzie i zbudowaną z tym samym rozmachem. |
  |
| Podobnież wyssaną z palca jest informacja, że człowiek (niedotknięty żadną przypadłością psychiczną) może zgubić się w metrze. Owszem, szokiem jest odkrycie, że w Pekinie kolory linii mają jedynie charakter estetyczny, w związku z czym na różnych stacjach te same linie oznaczone są różnymi kolorami. Niemniej same oznaczenia są na tyle czytelne (nr trasy), że zgubienie się jest wypadkową upojenia alkoholem i łutem nieszczęścia, czyli tego, że na danej stacji będzie transfer na dwie, lub więcej innych linii, z których jakaś będzie akurat tego samego koloru, co spodziewana i będzie nam obojętne/nie sprawdzimy w jakim kierunku jedzie. Tak... jestem mistrzem zdań wielokrotnie złożonych. |
|
Jeszcze na lotnisku wymieniamy trochę gotówki w automacie do wymiany waluty! Rozgryzając jak działa, jesteśmy co 20 sek nawiedzani przez policjanta, który bacznie przypatruje się co robimy. Przy wymianie pobierana jest prowizja zależna od kwoty: przy 10 USD 4 yuany prowizji. Następnie podejmujemy próbę wymiany w banku, ale od miłej pani z okienka dowiaduję się, że od 10 USD bardziej mi się opłaca wymienić 20 USD, gdyż za każdą transakcję pobierana jest prowizja w wysokości 60 yuanów :) Oczywiście rezygnujemy, niemniej testujemy bank obok - tu nie ma żadnej prowizji. Wymieniam 10 USD otrzymując 67,6 Y. |
 |
| Jedziemy nowoczesnym metrem z lotniska do centrum - 25Y. Takim jeszcze nie jechałem. |
 |
Planujemy zatrzymać się w przytulnym hostelu Lama Temple, który, wg informacji Jurka (będącego już w Pekinie dwa dni) jest najlepszym na jaki trafił do tej pory. W związku z tym pierwszą misją jest "wyczekałtowanie" Jurka z dotychczasowego hotelu i zainstalowanie się w rzeczonym Lama Temple. Metrem jedziemy do hostelu Jurka - 2Y. Niestety, przy niektórych przesiadkach należy ponownie zakupić bilet. Nie przy wszystkich - nie odkryłem czy jest w tym jakaś metoda. Mając już pierwszą część misji za sobą i bagaże na plecach, po krótkich wyliczeniach metro versus taksówka, przyciskani nieco plecakami, decydujemy się na taksówkę. Po 3 sekundach oczekiwania zatrzymujemy jedną z 67 tysięcy pekińskich taksówek. W praktyce, na skrzyżowaniach w centrum jest ich tyle, że zatrzymując jedną z nich można doświadczyć co czuje rekin polujący na rybę pływającą w ławicy - nie wiadomo którą łapać. Pokazujemy wizytówkę Lama Temple Hostel i jedziemy. Trzeba wiedzieć, że z taksówkarzami w Chinach można pogadać jedynie po chińsku, więc zawsze warto mieć adres na papierze, żeby zaprezentować kierowcy. Po drodze pobieram od Jurka nauki w temacie jak się obsługuje azjatycką taksówkę. Próbuję zagadać kierowcę, niemniej ten zdaje się nie odróżnił mojego "do you speak English?" od naszego polskiego dziamdziania, więc nawet nie zauważył, że zwracałem się do niego. |
 |
Do hostelu trafiamy wąską uliczką odbijającą od jednej z głównych ulic w dzielnicy Dongcheng (północny wschód od Zakazanego Miasta, które pod każdym względem jest centralnym miejscem Pekinu). Na miejscu kupujemy sobie karty Hosteling International Membership, które, z informacji uzyskanych od chłopaka na recepcji, nota bene całkiem dobrze władającego angielskim, pozwalają nam na zniżki w hostelach całej Azji. Cena wywieszona na kartce przy recepcji to 70 yuanów. Chłopak chce za dwie karty łącznie 100 yuanów. Jurek wręcza mu 100 yuanowy banknot, po czym otrzymuje 40 yuanów reszty... no właśnie. |
|
| Na mieście jemy ośmiornicze łapki przypiekane na blasze (uliczny przysmak) - Jurek jest nimi oczarowany, dla mnie są całkiem ok. W asortymencie są jeszcze "szczuro-kurczaczki", na które Jurek ostrzy sobie zęby. Niestety, na informację czym są faktycznie nie ma szans, więc pozostaje mu przekonywanie się za każdym razem gdy tędy przechodzimy, że już prawie na nie czas. |
  |
| Błąkamy się po dzielnicy, robimy sobie krótką drzemkę w hostelu, po czym w naszym pokoju kwateruje się trójka Chińczyków: Jun Lee i dwie niewiasty: Thin Thin i Wey Wey. Na wieść, że jesteśmy Polakami słyszymy: "Łaaaaaa!!!". Okazuje się, że właśnie byli na spotkaniu z Polańskim - pokazują nam zdjęcia Romka znad głowy i spod pachy jakiegoś jegomościa i opowiadają o festiwalu polskiego filmu w Pekinie :) |
   |
Wieczorem idziemy na miasto w poszukiwaniu nowego chińskiego brandy, poprzednie zepsuliśmy w pokoju jeszcze przed przybyciem współlokatorów. Po długim błąkaniu się, ostatecznie dopiero w rosyjskiej dzielnicy udaje nam się kupić podejrzanie wyglądającą wódkę. Ukontentowani wracamy do hostelu, gdzie, żeby nie przeszkadzać śpiącym "room-mates", udajemy się na mały taras na dachu. Przy stoliku oświetlonym naszą czołówką zwisającą z drzewa rozpracowujemy plany na jutro i wódeczkę, której smak jest trudny do określenia - odrobinę jak melon z bimbrem lub whisky. Okazuje się najlepsza z cytrynową Ice Tee. |
 |
|
| 2008.10.25 - Beijing |
Jeszcze wczoraj, podczas burzy mózgów na tarasie, postanowiliśmy, że ten dzień poświęcimy przygotowywaniu planu lipcowej wyprawy, więc nie ma tyry z porannym wstawaniem. Tak czy owak budzą nas przyciszone głosy współlokatorów, którzy miłosiernie próbują bezszelestnie pozbierać się, by wyjść na miasto. Jurek udaje się na poranną przygodę z internetem i przewodnikami, ja udaję, że jeszcze nie pozbierałem się z jet-lag'a. Czuję się wytłumaczony, bo trafił nam się pokój bez okna, więc mój biologiczny zegar nie wie, że już jest jasno. Zanotowane: na wyprawę lipcową trzeba się upewnić, że rezerwujemy wyłącznie pokoje z oknami. |
|
Budzę się ponownie po jakiś dwóch godzinach i nadal czuję się senny, więc postanawiam udać się w stronę światła. Dzień rozpoczynamy osobno: Jurek idzie wypełnić trzy poranne postanowienia, ja zasiadam do przelewania notatek z poprzedniego dnia. Jurek powraca z tarczą: 1. Śniadanie zaliczone: duże pierożki na parze z mięsnym nadzieniem o średnicy 7 cm (właśnie mi tutaj podpowiada) za jedyne 2,4 Y. Nawet zamówił po chińsku, znaczy powiedział: "Si" (cztery) - Respect!. 2. Spodnie z dziurą na... no tam gdzieś, pozostawione w profesjonalnych rękach szwaczka (rodzaj męski) - do odbioru o 17:00, 3. Sklep z kłódeczkami i metalowymi kubkami namierzony (poprzedniego dnia zorientowałem się, że zapomniałem swojego stalowego kubka). Odnośnie kłódeczek, to Jurek jeszcze przed moją wyprawą przesłał mi SMSa prosząc o zakup kłódeczek, które przydają się w tutejszych hostelach do zamykania szafek ze skarbami. Niestety SMS był wysłany jak próbowałem złapać trochę snu przed wyjazdem na lotnisko w Berlinie. Ostatecznie SMS kosztował więcej jak kłódeczki tutaj. Dodatkowo Jurek kupuje sobie klapki i zbijając cenę z 20 na 15 yuanów przypomina mi, że w Chinach trzeba się targować, o czym zupełnie turystycznie zapomniałem, a mogłem mieć kłódeczkę za 1/4 SMSa. Ehhh. |
|
Planując miejsca do zwiedzania w Pekinie, w dość regularnych odstępach czasu słyszymy dobiegające zza okna zawodzące nawoływania ulicznych sprzedawców, niczym średniowiecznych latarników. Dopada mnie głód i udajemy się na polowanie zakończone naleśnikiem pomieszanym z jajkiem, przyprawami, czymś w rodzaju kruchego ciasta francuskiego i oczywiśnie... imbirem (2,5 Y). Chińczycy dodają imbirową nać niemalże do każdego posiłku. Dla tych z Was, którzy mieli szczęście nie próbować, powiem tylko, że smakuje, nie w przybliżeniu, tylko dokładnie jak perfumy. Podczas dnia uderza mnie taka myśl, że Chińczycy perfumują potrawy, żeby uniknąć zatrucia pokarmowego i stwierdzam, że spróbuję przywyknąć do perfumowanego. Dlaczego? Ano dlatego, że dzisiaj nadal, czyli już drugi dzień pobytu w Chinach, nie mam biegunki, co stanowi zagadkę dla nas obu. Jurek też nie ma, a dokładniej nie ma już od dwóch dni. Nie będę rozsądzał czy to chińska brandy i nędzna podróba ruskiej wódki, czy może wspomniane perfumy, ale faktem jest, że nie popijaliśmy żadnej z potraw. Lekko upojne są tylko wieczory. A tak w ogóle, jak już o tym piszę, to regularny chiński alkohol smakuje jak perfumy. No generalnie to jest raj dla meneli, co ładują perfumy. Całe półki perfum. |
 |
Po powrocie ze śniadania planujemy przebieg naszej wycieczki po Chinach. Tak tak, ten dzień był w większości czasu spędzony w hostelu. Właśnie dlatego zanudzam poezją, miast pisać o Chinach. Około 16:00 stwierdzamy, że czas na osławioną kaczkę po pekińsku. Na recepcji prosimy dziewczę, żeby napisała nam po chińsku: "Kaczka po pekińsku" - abyśmy mogli taką zamówić w lokalu, gdzie menu jest tylko w oryginale. Jesteśmy dumni ze swojej przebiegłości do czasu gdy recepcjonistka informuje nas, że dobra kaczka jest na prawo od hostelu i menu mają po angielsku. Idziemy... Faktycznie jest bardzo fancy lokal, ale potrawy tylko po chińsku i jak 5 minutowa rozmowa do Polski. Zatem jesteśmy bez obiadu i bez "Kaczka po pekińsku". Tak więc... polowanie. Po drodze praktycznie włazimy na warsztat gdzie Jurek zostawił swoje spodnie. Jest przed czasem ale idziemy sprawdzić jak się sprawy mają. Okazuje się, że portki są już po przeglądzie. W Chinach fach nadal przechodzi z pokolenia na pokolenie, więc za 15Y Jurko dostaje swoje galoty lepsze jak nowe i nic już tam nie przeziera. |
 |
Po drodze do głównej zostajemy zaskakiwani widokiem fachowców od elektryczności, przesiadujących na słupach i gmerających w pozornym (dla Europejczyka) bałaganie milionów kabli oraz kamer monitorujących nawet najwęższe uliczki, którymi się poruszamy. Chiny są bardzo bezpiecznym krajem. Napiszę, bo to mnie zaintrygowało: właśnie zrobiłem sobie krotką przerwę, żeby skorzystać z toalety, gdzie na drzwiach jest kartka z napisem: "Mixed Toilet". Nie wiem jak Wy ale ja obstawiam na: "Koedukacyjna". |
 |
Ryzykujemy, jak co dzień i zamawiamy w nieznanej knajpce żarcie w ciemno. Na obrazku wygląda jak tatar, ale ku naszej uciesze, miła pani wrzuca je na rozgrzany olej. W smaku... zjadliwe. Na ulicy Jurek doprowadza do ostatecznego rozwiązania kwestii "szczuro-kurczaczków", za co dostaje +2 punkty do śmiałości! |
|
Posileni wracamy do hostelu, by kończyć misję planowania. Wieczorkiem... hmmm no generalnie nasze wieczorne wyprawy skupiają się na tym, żeby znaleźć nieperfumy. Nauczeni wczorajszymi poszukiwaniami stwierdziliśmy, że udamy się bezpośrednio do odległego supermarketu, gdzie Jurek dwa dni temu nabył chińską brandy - jedyny nam znany nieperfumowany alkohol i w dodatku dobry w smaku. Supermarket jest w bardziej centralnym centrum, więc udaje nam się zrobić kilka fajnych fotek fantastycznie oświetlonych wieżowców. W supermarkecie w aptece próbuję dowiedzieć się czy można tu nabyć doxycyclinę lub malarone - specyfik zmniejszający szansę na złapanie malarii, do której nabyłem respektu po lekturach for internetowych (w końcu jedziemy potem do Wietnamu, Kambodży i Laosu). Po długiej i bezowocnej dyskusji, z jednej strony: polski/angielski/pseudo-migowy, z drugiej chiński, do rozmowy włącza się klientka apteki (mówi płynnie po angielsku). Tłumaczę o co ten ambaras, ona przekłada na chiński. Wywiązuje się długa wymiana zdań, z której, z przyczyn mego upośledzenia lingwistycznego, jestem wyłączony. Upewniając się jeszcze kilkakrotnie, wyjaśniam o jaki specyfik mi chodzi. Otrzymuję lek na biegunkę. Wracam do wyjaśnień, po czym otrzymuję... olej czosnkowy. Nie jestem typem placebo, więc "Xiexie". |
    |
| W drodze powrotnej do hostelu udaje mi się namierzyć lokal, w którego menu jest kaczka po pekińsku (na obrazku oczywiście) - jutro tu wrócimy! |
|
|
| 2008.10.26 - Beijing |
| Dzisiaj odrobinę zaspaliśmy. Wybieram zły prysznic, za co pokutą jest lodowata woda, która swoją drogą, błyskawicznie doprowadza mnie do stanu używalności. |
|
Agenda na dziś to Świątynia Nieba (na południowy wschód od Zakazanego Miasta) oraz Pałac Letni (na północny zachód od Zakazanego Miasta). Metrem udajemy się do stacji najbliższej Świątyni Nieba. Przy wejściu wszystkie bagaże są prześwietlane jak na lotnisku. Nie byłem jeszcze w Japonii ale to jest moje pierwsze skojarzenie za każdym razem gdy wchodzę do pekińskiego metra (mam tu na myśli nowe linie). Jest czyste, nie ma tu meneli, ulicznych grajków (przynajmniej nie na peronach), smrodu, śmieci, odpadających tynków, przepalonych żarówek, ciemnych zaułków, pożółkłych gablot reklamowych (tylko LCD), wandal-graffiti, świszczących i piszczących hamulcami pociągów. Ba, tu nawet nie ma zgiełku w godzinach szczytu. Chińczycy zdają się darzyć szczególnym szacunkiem swój przybytek, bo wszyscy tu są mili, grzeczni, nie pchają się, nie biegają, nie drą japy i (niebywałe) nie plują! Co bez żenady robią na każdej ulicy. Przyjeżdżając do Chin trzeba się na to przygotować, bo widok eleganckiej dziewczyny na rowerze, która głośno "zbiera", po czym spluwa jest tutaj zupełną normalką. |
  |
| Pekińskie metro, jak i miejskie chodniki, wyposażone jest w specjalne ścieżki ułatwiające poruszanie się niewidomym. Kafelki z wybrzuszonymi wałkami, ustawionymi zgodnie z kierunkiem ścieżki wytyczają główne trakty, a każde skrzyżowanie oznaczone jest płytkami z okrągłymi kropami. |
   |
Po drodze z metra do świątyni zaliczamy pyszną i dużą zupę (8 yuanów) w knajpce o nazwie Malan przy Tiantan East Boulvard. Do zupy w Chinach podaje się pałeczki - należy przy ich pomocy wykończyć zawartość stałą, po czym wypić co zostanie przykładając talerz do ust. Paradoksalnie, do potraw o większej konsystencji często trafi się łyżka. |
 |
| Ruszamy dalej piechotą, więc raport z terenu: W Pekinie większość śmietników ma dwie komory - jedną na śmieci, które można poddać recyklingowi, drugą na pozostałe. Obie opisane chińskim i angielskim. Nie wiem co dzieje się ze śmieciami dalej, ale wygląda na to, że ta segregacja nie jest jedynie olimpijskim trikiem dla przyjezdnych, bo widziałem śmietniki, które były opisane tylko po chińsku, również z dwoma komorami. A jaki mają do nich stosunek Chińczycy? Tego jeszcze nie wiem, ale często im się zdarza beztrosko gubić swoje śmieci. Np. otwierają się drzwi pociągu w metrze i gagatek, żeby nie śmiecić w wagonie, rzuca papierek na peron, a wygląda to nader groteskowo, bo akcja rozgrywa się w nowej linii metra, która, jak pisałem wcześniej, jest błysk-malina. I teraz leży sobie taki papierek sam jak ten palec na środku lśniącego peronu. Albo czekamy dzisiaj w restauracji na trupa kaczki po pekińsku (o tym więcej później), a klient z sąsiedniego stolika kończy peta, rzuca kiepa pod siebie i przydeptuje butem (w restauracji). Generalnie jednak Pekin jest czysty, może prócz nocy, kiedy to zamyka się sklepy i restauracje, a śmieci czasem lądują na chodniku przed lokalem w formie "luzem". O świcie jednak zajmą się nimi zawodowi sprzątacze, którzy za dnia nieustannie patrolują ulice. |
 |
Jeszcze przed dotarciem do południowej bramy kompleksu Tiantan, czyli świątyni Nieba, Jurek doświadcza znanych objawów - chińska biegunka szykuje swój wielki come-back. Udaje się zatem do pekińskiej toalety. Publiczną toaletę można w Pekinie znaleźć na każdym rogu. Zwykle prowadzą do nich drogowskazy z chodników. Każdą toaletą zawiaduje jeden lub więcej szambelanów. Są sprzątane na bieżąco, co nie zawsze oznacza, że są wolne od charakterystycznego smrodka, więc czasem można tu łatwo trafić i bez znaków. Objęte są mecenatem CHRL, a zatem korzystanie z nich jest darmowe. Warto natomiast pamiętać, że papier toaletowy trzeba mieć zawsze przy sobie, bo w miejskich szaletach nie ma co liczyć na taką ekstrawaganzę. |
|
| Ja pozostaję na ulicy i obserwuję ruch. Drogi w Pekinie są bardzo dobrze przystosowane do ruchu jednośladów. Większość z nich ma osobny, dość szeroki pas zaraz przy chodniku, przeznaczony dla ruchu rowerowego i motorowerowego. Szybko przekonuję się, że porada Jurka z pierwszego dnia ma swoje uzasadnienie. Większość motorowerów w Chinach napędzanych jest akumulatorem, co oznacza, że poruszają się cicho jak rower, od którego są jednak znacznie cięższe i szybsze, dlatego trzeba szczególnie uważać na tych cichych zabójców. |
  |
| Jurek powraca, by nagrodzić me oczekiwanie tzw. "Toilet Humour": okazuje się, że przybytek wyposażony jest w otwartą salę - cztery ściany bez przegród. Pod jedną z nich trzy stanowiska operacyjne, czyli dziura i miejsce na stopy ("na narciarza"). Na pierwszym, w kuckach, działa Chińczyk. Chińska klątwa nie daje za wygraną i próba odwrotu zostaje zdławiona - Jurek grzecznie zajmuje stanowisko nr 3. Nienachalnie obserwując towarzysza niedoli szybko orientuje się, że zwyczaj nakazuje wlepić wzrok w ścianę przed sobą. Można postękiwać. |
|
Nieco lżejsi trafiamy w końcu do świątyni (wstęp 35 yuanów). Tu cesarz przewodniczył przeróżnym obrzędom i oficjalnym ceremoniom. Cały kompleks zbudowany jest z dużym rozmachem. Składa się z trzech świątyń osadzonych na osi północ-południe - w zgodzie z feng-shui, które przejawia się w harmonijnie zagospodarowanej przestrzeni. Bez trudu da się tu odczuć atmosferę sprzyjającą relaksowi, na który my niestety nie mieliśmy jednak czasu. Qiniandian, czyli Pawilon Modłów o Pomyślny Rok, jest zdecydowanie najpiękniejszym obiektem kompleksu - czego Chińczycy nie omieszkali wykorzystać umieszczając jego wizerunek w wielu miejscach w całych Chinach i na wielu produktach. My np. widzieliśmy go na ekranach automatów biletowych w metrze. Jest tak urokliwy, że nawet tam zrobiliśmy mu zdjęcie. Po dzisiejszym dniu stwierdzam, że chińskie budowle są fenomenalnie wdzięczne i szalenie fotogeniczne. Budynki Tiantan na fotkach, które w maniakalnym amoku trzaskaliśmy na lewo i prawo, wyglądają nawet lepiej niż na żywo :) W jednym z miejsc Jurek wykombinował sprytne zdjęcie wykorzystując element dekoracyjny na tle perspektywy długiego murka przekrytego charakterystyczną chińską ceramiczną dachówką. Wymagało to, żeby się trochę przy tym nawyginał, więc nie uszedł uwadze zwiedzających i już po chwili, w tym samym miejscu, próbując zrobić taką samą ramkę, wyginała się jakaś Chinka, a za nią zwyczajnie ustawiła się kolejka chętnych :) Nie zdziwcie się jak co jakiś czas usłyszycie tu głośny gwizdek, który każdorazowo stawiał mnie na baczność, budząc skojarzenie, że pomacałem coś, czego nie można dotykać, uwieczniłem coś, czego fotografować nie należy lub wlazłem gdzie nie trzeba. W ten sposób przewodnicy chińskich wycieczek pogwizdują na swoich podopiecznych, żeby zrobić zbiórkę i jednocześnie bezceremonialnie burzą dostojność i całe feng-shui tego miejsca. Jak pisałem; niestety nie mamy czasu, żeby posiedzieć na trawce w tutejszym parku. Następny punkt to Pałac Letni. Oczywiście najfajniejszym ze znanych mi metr :) |
   
   
   
    |
Po dotarciu do stacji Bagou, dalej do Yiheyuan (Pałac Letni) docieramy pieszką. Rozległe włości cesarskie robią na nas urzekające wrażenie. Kompleks osadzony jest na obrzeżach miasta, więc jest to pierwszy raz, kiedy opuszczamy głośne ulice Pekinu. Po przekroczeniu bramki (25 yuanów) momentalnie dajemy się pochłonąć melancholii tego miejsca, wpadając w relaksacyjny nastrój, który błyskawicznie pozwala nam zapomnieć o zatłoczonym metrze i zrobionych kilometrach. Spacerując wokół jeziora Kunming, z każdym krokiem odkrywamy magię tego miejsca. Cały obszar usiany jest fantazyjnymi budynkami, mostkami, wszystko to skąpane w ciepłym pomarańczowym świetle chylącego się do zachodu słońca - wybraliśmy chyba najlepszy moment na zwiedzanie Yiheyuan. Wszędzie niespiesznie spacerujący przechodnie, w większości Chińczycy. Wszyscy napawający się tym co my. Natrzaskaliśmy im sporo zdjęć. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś zaoponował, nie chciał żeby go uwiecznić, bądź złościł się z tego powodu. Stosunek Chińczyków do fotografowania przyjmuje jedną z trzech form: uśmiech, pozowanie, zawstydzenie. W każdym razie nigdy nie spotkałem się z negatywną reakcją. Ostatecznie docieramy do kompleksów pałacowych i tutaj stężenie turystów bardzo wzrasta, a jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, zaczyna śmierdzieć tandetną komerchą i niestety jest już za późno, żeby wejść do pałacu. Tak więc lipiec przyszłego roku! Pałac Letni zdecydowanie jest miejscem, które trzeba ponownie odwiedzić! |
   
   
    |
| W drodze powrotnej próbujemy dostać się taksówką do stacji metra, co powinno nas wynieść max 15 yuanów. Po wyjściu z kompleksu "zrzeszony" taksówkarz (oznaczone auto z taksometrem - już w samolocie ostrzegają przed korzystaniem z prywatnych taksówek, czyli tych nieoznaczonych i bez taksometru) proponuje nam przejazd za 50 yuanów. Pierwszy raz nam się zdarza, żeby "zrzeszony" taksówkarz próbował nas naciągnąć. Odchodzimy nieco dalej i łapiemy taksówkę, która dowozi nas do metra za 12 yuanów. |
|
Późnym (na azjatyckie normy) wieczorem udajemy się na poszukiwanie wcześniej namierzonej knajpy z kaczką po pekińsku. Niestety każdy z nas pamięta lokalizację restauracji po swojemu, więc przez dobrą godzinę zataczamy coraz większe kółka. W końcu jednak docieramy na miejsce, a zadośćuczynieniem za naszą mitręgę jest autentyczna legenda Pekinu. Kaczka w postaci plastrów i połówką łba z łypiącym na nas okiem podawana jest wraz z cienkimi plastrami naleśnikowego ciasta, świeżym ogórkiem i zdaje się czarną rzepą japońską, która przewrotnie... jest biała. Zaczyna się od oddzielenia pojedynczego naleśnika, w którego zawija się po jednym z każdego smakołyku i dopiero w tej postaci ładuje do dzioba. Pycha! |
    |
|
| 2008.10.27 - Beijing |
Dzień zaczynamy od planowanej wymiany gotówki. Udajemy się do znanego nam banku Industrial and Commercial Bank of China. Tu wszyscy, którzy mają do wymiany walutę kierują się do okienka Exchange/Elite Club, a jak się jest białasem, to tym bardziej czuje się ten "elite club" - policjant (każdy bank ma przynajmniej jednego na wyposażeniu) wpuszcza bez kolejki, co w Chinach jest politycznie poprawnym zwyczajem. Tutaj biali są równiejsi.
Wymieniam dolary i trochę funciaków, za które otrzymuję odpowiednio 180 USD = 1558,23 Y, 40 GBP = 418,48 Y. Do wymiany gotówki w banku potrzebny jest paszport - na jego podstawie kasjer wypisuje nam
świstek, potwierdzający transakcję. Warto go zatrzymać, gdyż z Chin nie można wywozić yuanów, a wymienić je na walutę zachodnią można jedynie w ilości, na którą posiadamy papier potwierdzający wcześniejszy ich zakup za tenże walutę. |
 |
| W pobliskim sklepie kupuję wodę L'Origin, która, pomimo standardowego fabrycznego zamknięcia, śmierdzi i smakuje kranówą - nabieram podejrzenia, że nią właśnie jest. |
|
| Metrem udajemy się do stacji Hepingmen, skąd pieszo idziemy do uliczki Liulichang Jie, gdzie spodziewamy się cofnąć w czasie do epoki Ming, czyli zobaczyć odrestaurowane domy z tamtego okresu. Faktycznie zabudowa robi wrażenie, które jednak ulatnia się dzięki dość nachalnej komercji ("hi, hello, come in - just looking") i ogólnemu rozgardiaszowi dzwoniących na nas rowerów i przeciskających się tędy samochodów. Jest tu milion jeden turystycznych dewocjonaliów, w istocie wprowadzających bliżej nieokreślony bałagan. Podsumowując - uliczka ładna ale pozbawiona duszy, przez co nie urzeka. |
    |
Z Liulichang Jie trafiamy przez Dashalan Lu do odcinka lędźwiowego kręgosłupa Pekinu, czyli ulicy Qianmen, na którą, niczym na zabytkowy szaszłyk, nabite są kolejno, idąc na północ, Brama Qianmen, zupełnie niepasujące do tego miejsca opakowanie na mumię Mao w stylu gmachów socjalizmu, plac Tiananmen, Zakazane Miasto, Park Jing-Shan i wieże Bębnów oraz Dzwonu.
Wyjście z osławionej, ciasnej dzielnicy hutongów na czystą, skąpaną w słońcu Qianmen robi ożywcze wrażenie. Ulica jest przestronna i oflankowana przez zadbane budynki dość odmienne architektonicznie, a pomimo tego świetnie wkomponowane i współtworzące niepowtarzalny klimat tej arterii turystycznej. Zaczynam już popadać w styl przewodnikowy, a to możecie sobie poczytać sami, dlatego od teraz skupiam się na wrażeniach i informacjach praktycznych. Tuż przed bramą Qianmen spotyka nas muka. Okazuje się, że rzeczona piękna arteria poprzecinana jest w poprzek ruchliwymi ulicami - zatrzymujemy się na barierce - nie ma żadnego oznaczenia jak przedostać się na drugą stronę. Ci spod bramy, po drugiej stronie, patrzą na nas z podobnym wyrazem twarzy. Idziemy w lewo do wejścia do metra - przejścia brak. Wracamy i próbujemy z prawej - udaje się. Przekraczamy bramę i przed nami mauzoleum, którego charakter znakomicie oddają słowa Tiziano Terzani w książce Za Zakazanymi Drzwiami: "Po środku środka Chin leży trup, którego nikt nie ma odwagi sprzątnąć" - obchodzimy łukiem, przechodzimy przez przestronny Plac Tiananmen (w 60% wypełniony ludźmi), który zdaje się być nieco mniejszy niż nasze oczekiwania po lekturze. Stąd jeszcze jedno przejście pod ulicą (tym razem oznaczone) i wkraczamy do Zakazanego Miasta (60 Y). Wrażenia na głównej osi kompleksu urzekające, acz powtarzalne. Kolejne budynki są przepiękne i oczywiście, jak zwykle, bardzo fotogeniczne, niemniej stanowią niemalże kopię poprzednich i trudno oprzeć się wrażeniu, że wciąż wchodzi się na ten sam plac, za to warto zboczyć z tej ścieżki, żeby odkrywać przeróżne urokliwe parczki, dziedzińce i inne zakamarki. Niestety, w gęstej zupie turystów trudno odczuć klimat dostojności tego miejsca i wyobrazić sobie jak wyglądało tu życie w przeszłych wiekach. |
   
   
   
    |
Z Zakazanego Miasta ewakuujemy się północną bramą i przechodząc przez ulicę trafiamy do Parku Jingshan (2Y). I znowu, ponownie jak w przypadku Pałacu Letniego, to miejsce jest balsamem po zatłoczonym Zakazanym Mieście. Jest tu dużo więcej przestrzeni, znacznie mniejsze zagęszczenie dwunogów, a feng-shui można wyczuć w powietrzu. Wspinamy się na Wzgórze Węglowe. Ciekawostka: o etymologii tej nazwy w jednym z przewodników czytamy: "Pierwotnie był tam skład węgla - stąd nazwa, która dosłownie znaczy 'węglowe wzgórze'." Podczas gdy w drugim: "... przez rezydujących w Pekinie pod koniec XIXw. cudzoziemców nazywany był Wzgórzem Węglowym. Chińczycy zwali je bowiem także Meishan (Piękna Góra), a przybysze z Zachodu omyłkowo słowu mei przypisali znaczenie 'węgiel' (wymowa taka sama, odmienna zaś intonacja)."
W każdym razie obecnie żadnego węgla tu nie ma. Rozciąga się stąd piękny widok na dachy Zakazanego Miasta, niemniej z uwagi na fakt, że atmosfera nad Pekinem jest zwykle trochę gęsta, perspektywa powietrzna jest tutaj bardziej mleczna. Warto w parku spędzić trochę czasu, żeby odsapnąć, ale jeszcze bardziej warto odsapywać w Parku Beihai, do którego jest rzut beretem. Między dwoma parkami wzmacniamy się jaśminową herbatką i po wpłaceniu 20 Y zostajemy wpuszczeni do Beihai. |
   
    |
Tutaj następna wspinaczka do wątpliwej urody Białej Dagoby, wynagrodzona całkiem sympatycznymi zabudowaniami na wzgórzu, oczywiście pomijając dagobę, na którą nawet wejść nie można. W Jingshan i Beihai znajdują się posągi Buddy, którym odwiedzający biją pokłony. Mogą też zakupić kadzidełka, na które Budda jest chyba bardzo łasy. Niestety nie można go fotografować. Park zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie, szczególnie oczarował Jurka - oaza spokoju i kontemplacji. Pewnie dlatego, że byliśmy tam już pod wieczór i nie było tylu ludzi, dodatkowo byliśmy już lekko styrani. Obchodzimy jezioro, stanowiące centralną część parku, by zobaczyć ścianę 9 smoków. Po drodze przyglądamy się Chińczykom w średnim wieku, tańczącym do zawodzącej muzyki z przyniesionego magnetofonu. Jurek
naucza, że w Pekinie to rzadkość, podczas, gdy w Szanghaju tańczą w ten sposób na każdym kroku. Słońce is no more, więc postanawiamy zawijać się do hostelu. |
   
    |
| Jeszcze tylko uczta pod tytułem "Wielkie żarcie" w pobliskiej restauracji - Jurek zamawia 4 dania! Ja dwa, potem domawiam jeszcze jedno, które okazuje się być zupełnie niezjadliwą skuchą. Coś na kształt golonki: jest kość, tłuszcz i tłusta skóra. Brakuje tylko mięsa. Do tego całość nie chce poddać się gryzieniu, więc ostatecznie przegrywam pojedynek z żujką dla psa. Do hostelu wracamy taksówką. |
 |
O 19:40 krystalizują się moje poranne obawy co do wody "mineralnej", zakupionej przed wyruszeniem do Zakazanego Miasta - dopada mnie chińska klątwa. Najwyższy czas! Już myślałem, że coś ze mną nie tak. Osobiście, miast wody L'Origin, polecam dość popularną i smaczną Nongfu Spring. Po zajęciach w toalecie padam na chwilę na łóżko, żeby oszukać się, że to pozwoli mi wypocząć, po czym biorę kartkę papieru i zabieram się za notatki z dzisiejszego dnia. Po zaścielonych łóżkach naszych, w nomenklaturze Jurkowej "współspaczy", wnioskujemy, że ulotnili się podczas naszego pobytu na mieście, tymczasem zupełnie niespodzianie pojawiają się w pokoju - okazuje się, że nie udało im się kupić biletów na podróż powrotną do ich rodzinnego miasta Wuhan, więc wrócili do hostelu. Jako, że Jun Lee korzysta z każdej okazji, żeby szkolić swój angielski, nie bacząc na moje notatki, zagaduje mnie i rozmawiamy o tym, co zwiedziliśmy i naszych planach na przyszłe dni. Udziela mi kilka lekcji historii Chin. |
|
Po jakimś czasie udaję się do hallu, gdzie z Jurkiem decydujemy, że jutrzejszą wyprawę na Wielki Mur zrobimy free-style'm, czyli nie korzystając ze zorganizowanej wycieczki. W końcu musimy się przekonać, czy można tam dotrzeć samemu. Nasz pomysł gorąco odradza nam kolega z recepcji, ale mając obawy co do jego bezstronności (wycieczka jest organizowana przy współpracy hostelu), pozostajemy przy naszym postanowieniu. Wracam do pokoju, gdzie Jun Lee przypuszcza ponowny atak. Po jakimś czasie zmienia mnie Jurek i tym razem ja udaję się na dół, gdzie internet is jest w powietrzu. Jak co dzień zmieniam formę moich bazgrołów ze stałej na wirtualną, po czym zjawia się Jurek i mówi, że muszę przyjść, żeby pomóc mu dogadać się z nowym lokatorem, którego właśnie dostaliśmy do pokoju, a który przestrzega nas przed jutrzejszą wyprawą na mur. Faktycznie, w naszym pokoju, pod dotychczasowymi lokatorami, w dwójkę okupującymi górne łóżko, siedzi sympatyczny, na oko, dwudziestolatek o krągłej facjacie, który po krótkiej wymianie imion i podaniu łapek, z wypiekami na twarzy zaczyna wykładać na jakie niebezpieczeństwa wystawiamy się planując samotną wyprawę na Wielki Mur. Jun, na potwierdzenie prawdziwości jego słów, wtóruje mu potakiwaniem głową .
Teraz mamy już opinię bezstronnych Chińczyków, więc daje nam to do myślenia. Wielki Mur można legalnie zwiedzać tylko w wyznaczonych miejscach, obecnie jest ich 5 (Badaling, Jinshanling+Simatai, Huanghua, Mutianyu oraz Juyongguan). My wybieramy Jinshanling+Simatai, którego główną zaletą jest fakt, że nie jest tak oblegane przez turystów i jeszcze nieodrestaurowane. Spodziewamy się tam zobaczyć prawdziwy Mur. Niestety transport miejski dojeżdża do połowy drogi (ok. 60 km). Dalszą trasę musimy zorganizować sobie sami. |
|
Nasz nowy współlokator (nie pomnę imienia), przestrzega nas, że wpadniemy tam w ręce nieuczciwych przewoźników, którzy czyhają na nierozważnych turystów (jak my), by ich oszukać na usłudze. Nawet, gdyby udało nam się z ich pomocą dotrzeć pod sam mur, powątpiewa że będziemy w stanie porozumieć się z nimi co do powrotu, więc najprawdopodobniej skończymy pod murem, gdzie przyjdzie nam spędzić noc. Jeżeli nawet dogadalibyśmy się z przewoźnikiem, żeby nas odebrał o umówionej porze, pewnie i tak nie przyjedzie. Widząc, że nas nie przekonał, popada w coraz większe przerażenie. Zaczyna przez WAP'a wyszukiwać nr telefonu do hostelu, który jest w miejscu, gdzie planujemy zakończyć wycieczkę po murze. Jego misja zbawienia naszych dusz przybiera na sile z minuty na minutę. Dramatyzmu przysparza chińsko-angielski (angielski w wykonaniu chińskim jest często naznaczony silnym akcentem, co sprawia, że wyrazy są wymawiane w sposób, który sprawia, że brzmią jak zupełnie inne, więc zdania trzeba samemu poskładać do kupy korzystając z dostępnych podpowiedzi, jak wyraz twarzy, gestykulacja, czy kontekst rozmowy. Dla przykładu sprzedawczyni w sklepie na pożegnanie mówi: "Taa keyee", co oczywiście znaczy tyle co "take care"). Wszystko to sprawia, że sytuacja wygląda coraz bardziej groteskowo. Tym bardziej, że Wey Wey (dziewczyna Jun Lee), zdaje się co chwila strofować go po chińsku, żeby pozwolić im już spać. Próbujemy zatem ułagodzić przestraszonego i złapać trochę snu przed wyprawą. Ostatecznie udaje nam się wyrwać z pokoju po jakiś 20 minutach. Ja dokańczam jeszcze notatki na dole. Myjemy zęby i po powrocie otrzymujemy nr telefonu do hostelu, który był namierzany przez dobrego samarytanina podczas naszej nieobecności. Ostatnie 15 min wyjaśnień i kładziemy się po 2:00 nastawiając budzik na 5:00. Ehh. |
|
|
|   Następny rozdział: Wielki Mur Chiński (Jinshangling i Simatai) 2008.10.28 - Przejdź |
|
|